beznadziejna matka

Wpisy

  • czwartek, 11 sierpnia 2016
    • Słowo na "d"

      A może to "zwykła" depresja?

      I wiem, nie powinnam sama siebie diagnozować.

      Ale tak ciężko z tym gdzieś iść. Nie chodzi nawet o stygmat wariatki, stukniętej, niezrównoważonej. Jestem ekscentryczna i już. Trudno to ukrywać. Chodzi raczej o to, że trzeba iść, wziąć telefon, zadzwonić, coś powiedzieć, wiedzieć co... Już mi się robi słabo od samego o tym myślenia.

      No ale jest jeszcze seks. A właściwie jego brak. I to chyba nie jest normalne, bo mi nie przechodzi.

      Najpierw myślałam, że to zmęczenie. Ale te koszmary o umieraniu i to samopoczucie na urlopie dużo gorsze niż przed...

      Tak, mam powody do zmęczenia i powody do smutku, ale mam też powody do radości i na mój gust się równoważą. Ale emocjonalnie nie.

      W sumie najgorzej jest rano. Potem to się jakoś ustawia. Pod warunkiem, że nic trudniejszego się nie dzieje. No właśnie - nic trudniejszego.

      A jak może się nie dziać. Zawsze się będzie dziać. Zawsze rozleje się jakieś mleko, nad którym niby nie ma co płakać, a jakoś się to nie udaje. Mnie się nie udaje.

      I to, co wcześniej pocieszało, nie pociesza. Straciło moc. Na przykład pisanie. Kiedy pojawia się pomysł, odganiam go. Nie chce mi się wstać, włączyć komputera, wziąć pióra. Raczej czekam aż mi przejdzie. 

      Oglądam programy o domach, których nigdy nie wybuduję i remontach, których nigdy nie przeprowadzę, o podróżach, których nigdy nie odbędę. Czasem wtedy płaczę. Ale ja nawet nie chcę mieć domu, a tym bardziej hektarów ogrodu. Nawet nie chcę zjeździć "całego świata". Chociaż owszem - wakacje nad ciepłym morzem byłyby z pewnością przyjemne. I tak, byłoby miło mieć swój własny pokój.

      Najsłabsze ogniwo - ja.

      No ale przecież jakoś zawsze o tym wiedziałam. Gdzieś głęboko wiedziałam, że mi się nie uda, że sukces nie jest dla mnie. Żaden sukces. Że jestem nieudacznikiem przebranym za udacznika. O rany, ale zabrnęłam w tym udawaniu. Chyba nawet udało mi się przekonać kilka  osób, że jestem mądra.  Siebie nawet, na chwilę.

      Jestem zmęczona tym udawaniem. Chcę się już rozpaść. Trzymanie się w garści jest doprawdy syzyfowe. A rozpad i tak nieuchronny. Czuję się jak Powstaniec `44 - po co mi to było?

      Szukam teraz miejsca, gdzie bezpiecznie rozsypać ten worek szklanych kulek, które tworzą mnie.

      Chcę po prostu wykopać dołek na plaży i tam je zostawić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Słowo na "d"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 sierpnia 2016 11:21
  • środa, 10 sierpnia 2016
    • Make life easier

      A może to jest CHAD, to co mi jest, co mnie żre, co się ze mną dzieje?

      Te zjazdy, te huśtawki, te wieczne żale, jęki, smutki? Wyczerpanie i lęki na zmianę z histerycznym braniem życia za bary?

      W moim przypadku mania nie jest przyjemna. Przypominam rozzłoszczoną przed burzą osę, którą odpędzają od waty cukrowej machające, ciepłe, żywe rączki.

      Nie wiem. Może jakiś ktoś to wie? Chwilowo nie szukałam niczyjego ratunku. O przyszłości myślę tylko w kategoriach wydatków i tego jak pieniądze na to zdobyć. Przygniatam sama siebie, ale nie mogę przestać.

      W kolejnej porcji postwakacyjnego przygnębienia udział wzięli: wizyta na bankowym koncie, rewizja listy wydatków versus lista pragnień, rzut oka na brzuszną fałdę i rozflaczone uda, wspomnienie o tym jak dawno temu widziałam konia żywego oraz prognoza jak prędko zobaczę (czyli nie prędko) i inni. Lista pocieszanek dawno się zamknęła.

      Próbowałam już doprowadzać się do stanów przed zawałowych darmowym bieganiem, do stanów przed cukrzycowych nieco kosztowniejszymi produktami z cukrem, do stanów przed uzależnieniowych produktami z cukrem nieco bardziej sfermentowanym.

      Wychodzi mi tylko regularne zagłuszanie się książkami, które dają oddech na chwilę (chwilo trwaj), ale co dalej? Co po skończeniu rozdziału? Kiedy życie?

      No i nie tak łatwo dopaść dobrą książkę, tej prawdziwej literatury nie jest znowu tak wiele. Mam swoje wymagania - moje literackie podniebienie nie zadowala się czymkolwiek.

      Jestem wyczerpana życiem w pseudonędzy. Tak wiem, Ci naprawdę ubodzy szukają resztek po mnie na śmietnikach.

      Wczoraj po pracy zaliczyłam zakupy (skromne - żadnych win i alkoholi), wymianę audiobooków w odległej  filii bibliotecznej (tylko tam je mają), sprzątanie pokoju z Lili (robota w sam raz dla Kopciuszka), prasowanie całej góry kilku prań (bo ciągle próbuję nie być chujową panią domu), a i tak miałam problem z zaśnięciem.

      Nie mogłam przestać myśleć o wojnie i o tym co my wtedy zrobimy. O wojnie?!

      Na razie to mnie odróżnia od moich klientów, że ja zmuszam się do działania - pranie jest zrobione, wyprasowane i ląduje na swoim miejscu, audiobooki wracają do źródła przed terminem, a zakupy pozostają w ścisłym kontakcie z zawartością portfela.

      Czy gdybym nie musiała tak się sczepiać z rzeczywistością dawno bym utonęła w normotymikach?

      Może już czas po nie sięgnąć  "and make my life easier"?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      środa, 10 sierpnia 2016 09:32
  • poniedziałek, 08 sierpnia 2016
    • Po "urlopie"

      Pierwszy dzień w pracy po urlopie. Co za ulga. Jak pięknie.

      Byliśmy w Lublinie. Nie było mi tam dobrze. Rozczarowanie goniło porażkę. Nie pasowałam do tego miejsca obciążona rodziną i dziecięcymi manelami, biernym towarzystwem Bo. Nie przeżyliśmy tam relaksu, a każdą chwilę odprężenia opłaciliśmy sowicie żywą gotówką. Tęskniłam wszędzie tam, gdzie akurat nas nie było. Do domu, do Szymocic, do jakiegokolwiek morza - niechby i był to Bałtyk. Wróciłam z ulgą i smutkiem za zmarnowanym czasem, na który tak czekałam. Czy za rok będziemy mądrzejsi?

      Na nowo dopadły mnie moje zmory - porażka i bezsilność. Byłam i jestem zmęczona. Mam poczucie niespełnienia i braku. Czy można mnie uszczęśliwić?

      Męczy mnie bierność Bo - jego brak wakacyjnych ambicji. Swój urlop spędziłby przed komputerem i tabletem, przy piwie i kawie, na dowolnym trawniku, bez potrzeby wyjścia poza wyznaczony wzrokiem teren, poznania czegoś pozawirtualnego.

      Towarzystwo mojej rodziny znosiłam z trudem. Poczucie uwięzienia po trzech wspólnie spędzonych dniach prawie nie pozwalało mi oddychać. Uciekłam od nich na kilkugodzinny spacer, cały czas rozdarta, że nie jestem dość kochająca i zaangażowana, żeby przy nich tak bez ustanku tkwić. Wiem, że to głupie, ale tak to właśnie czułam. Nie mogłam ich znieść i nie mogłam być bez nich.

      Na Starym Mieście kupiłam loda, którego musiałam wyrzucić. To przesądziło sprawę. Wróciłam do tego wakacyjnego domu, i jak tylko to zrobiłam, poczułam na nowo tę stalową obręcz.

      Obłęd.

      Na szczęście bez trudu namówiłam Bo na wcześniejszy powrót. On też nie odpoczywa w mieście.

      Od wiosny czuję się coraz gorzej. Martwi mnie to. Nie umiem znaleźć pomysłu na swoje życie. Na to co o nim sądzić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 sierpnia 2016 12:25
  • czwartek, 07 lipca 2016
    • Za sobą

      Za sobą mam dni, które trzeba po prostu przepchnąć i zapomnieć. Przepycham je i zapominam. Unoszę się jeszcze. Gdzieś dryfuję.

      Wkładam szerokie ubrania żeby się ukryć. Wiem, że mnie nie ukryją, ale nie mogę przestać próbować.

      Dużo myślę o Lublinie, do którego niebawem jedziemy. Nie wiem w sumie po co?

      Ale teraz większość moich działań wydaje mi się przede wszystkim pozbawiona sensu. Czasem mówię o tym Bo, ale częściej zostawiam się z tym sama. Ileż można słuchać tych bzdur moich. No ileż.

      Jestem nieobecna albo agresywna. Wiem, że to niszczy moje dzieci - ich osobowość traci odporność, stają się nieodrodnymi dziećmi swej matki. Przykro mi, ale nic nie mogę zrobić. Nie umiem tego zmienić - tyle razy próbowałam. Z próżnego nikt nie naleje.

      Matka nieobecna, matka chaotyczna. Nieadekwatny obiekt maternalny. Zaburzenia prepsychotyczne z głębokiego poziomu.

      Boli mnie głowa. Każdy pretekst jest dobry, aby odgrodzić się od życia. Doczołgać do łóżka i przykryć cienką kołdrą. Jestem zmęczona tak bardzo, że nie wierzę w inne kiedyś. Nic już nie oczekuję. Zdrapałam swoje marzenie o koniu. Nie ma nawet strupa.

      Głupi wybryk jakiś. Niepojęta naiwność. Mamy kredyt na mieszkanie - tylko po to żyję. Jak już go skończę spłacać na wszystko dla mnie będzie za późno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 lipca 2016 13:24
  • wtorek, 05 lipca 2016
    • Znowu muszę pisać

      Znalazłam sobie drugą pracę. Nie lubię jej. Ale jest nam potrzebna. Powinnam być spokojniejsza, ale nic z tego. Moje rozdrażnienie potęguje wysiłek wkładany w nią przy prawie zerowej satysfakcji.

      Znowu muszę pisać, żeby nie zwariować. Nie ma koni, nie ma biegania. Mam dług na karcie kredytowej, dwa debety, niezapłacone mieszkanie. Efekt roku na jednej pracy i zleceniach-chwilówkach. Mam dziesięciokilogramową nadwagę. Nie mogę się przyzwyczaić do tej rozłożystej mnie, chociaż wszyscy to już pewnie zrobili i nie pamiętają mnie innej.

      Najwięcej zajmą nam książki, kiedy już nas wyrzucą z mieszkania. Myślę, że to prawdopodobne. Ne chcę nic zabierać. Nie potrzebuję moich rzeczy. Nie mam stylowych mebli. Nie mam cennych pamiątek.

      Nie chce mi się już starać. Czuję bliskość ze słowem porażka. Zawiodłam.

      Jestem zmęczona racjonalizowaniem tego niepowodzenia i ukrywaniem go. Tak często mam w portfelu dwa złote - pół chleba. W kolejce rachunki i opłaty. Auto w naprawie. Wycieczka trzydniowa. Półkolonie. Za ciasne buty Starszego.

      Być może są jacyś ubodzy ludzie, których nie przygnębia własne ubóstwo. Nie należę to tych szczęśliwców. Brak pieniędzy rozpruwa mnie od środka. Cały czas noszę tam głaz. Połykam go i połykam. Brakuje mi już siły. 

      Żałuję wszystkiego. Nadmiernie skupiam się na zmartwieniach. W ogóle martwię się na zapas. Już nie umiem trzymać optymistycznego pionu. Rozpadam się i zapadam. Wszystko mnie rani. Cały czas mam czerwone, wilgotne oczy. Przestałam się już malować. Za często płaczę.

      Płaczę wszędzie, na razie tylko gdy jestem sama. No i w domu. Chociaż ostatnio płakałam na basenie. Brakowało mi już sił, żeby tłumaczyć Starszemu, że nie potrafię już tu wytrzymać, że wytrzymałam pięć godzin i więcej nie i musimy już iść. Po prostu uklękłam na kocu i się rozpłakałam. Na moim synu nie zrobiło to wrażenia.

      Jestem albo smutna, albo zła. To najczęściej. W krótkich chwilach, które spędzam w otoczeniu obcych ludzi z ich problemami, potrafię rzeczowo się na nich koncentrować i nie użalać nad sobą. Potem oni odchodzą, a mnie zalewa kolejna fala smutku, zmęczenia, złości, żalu i wstydu.

      W domu czekają na mnie moje dzieci, którym nie poświęcam prawie czasu. Jak tylko przekraczam próg domu wypełnia mnie niechęć, od której kręci mi się w głowie. Czuję moją twarz - martwą i bez wyrazu. Obcy ludzie nazywają mnie ciepłą. Powinni mnie wtedy zobaczyć.

      Moje dzieci zbliżają się do mnie, a ja wiem, że powinnam zrobić coś matczynego - uśmiechnąć się, przytulić. To takie trudne. Robię to bez przekonania i bez serca. Pusty gest pod wewnętrznym przymusem. Zaraz potem przechodzę do działania - całej tej nużącej krzątaniny. Pełna kuweta, pusta miska, śmieci w koszach - tylko ja je widzę. Po drodze nastawiam przygotowany wcześniej obiad. Za chwilę go podam. Przedtem jeszcze przygotuję stół, nastawię pranie i złożę pranie. Prasownie będzie ukoronowaniem dnia. Jak dobrze pójdzie nie poświęcę moim bliskim ani chwili.

      Kiedy moje życie stało się takie znojne? Co przeoczyłam? Na czym się potknęłam? Co mnie złamało?

      Nie radzę sobie ze swoim życiem i czuję się nieautentyczna w roli terapeuty. A tymczasem tylko to jeszcze mi wychodzi.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 lipca 2016 12:53
    • Jak mnie zabija matka

      Nie dzwonię do matki. Do głowy mi to nawet nie przyjdzie, taka ochota, taki pomysł. Nie przepracowałam tematu, nie obrobiłam go, nie sfrezowałam na powierzchni. To jest chropawy temat, to jest szosa z dziurą na dziurze. Zawieszenie do remontu po takiej wyciecze. Zawsze jestem do remontu po zderzeniu z matką.

      Ostatnio zderzyłyśmy się na urodzinach Bo i już powiedziałam, że to ostatni raz. Nie chcę siebie takiej, dlatego nie będzie spotkań, obiadków, kawko-herbatek. Rozmowy neutralne, najlepiej żadne. Może za pięć lat będę gotowa usiąść z nią na ławce, a teraz będę żyła jakby dzieliło nas nie pięć kilometrów, ale 50 tysięcy. Ogłuchłam na krytykę, że będę żałować. Że jak ona umrze, to będę rozliczać się z tych wszystkich dni, tygodni, lat milczenia. Że rozchoruję się z wyrzutów sumienia za obojętność i brak czułości.

      Ja dopiero wiem, co to jest fizyczna nienawiść, że chce się kogoś uderzyć, zepchnąć z krawędzi. I ja to czuję do niej. Jak miło. Chyba powinnam coś z tym zrobić. Więc robię. Robię sobie prezent - chowam to do pudełka z różową wstążką w groszki, miałam taką na mysi-warkoczykach, które kompulsywnie mi plotła, bo nie cierpiała rozpuszczonych włosów. W tym pudle to sobie poleży. Ile konkretnie - nie wiem, muszę nabrać dystansu, muszę wrócić do manier sprzed wojny wewnątrzrodzinnej, muszę przejść terapię zespołu stresu po matce i nabrać dystansu w czasie i przestrzeni. A rany leczy czas - najbardziej kompetentny doktor.

      Dobre rzeczy o niej przebijają się z trudem. Przy niej czuję chaos, jestem bliska omdlenia, często w moim byłym domu, przy okazji świątecznych nasiadówek w gronie "Najbliższych" dostaję ataków senności, których nie potrafię powstrzymać. To taka ucieczka przed czasem z nimi. Po prostu kładę się w wolnym pokoju i tak naprawdę mnie nie ma. Potem muszę tylko wstać, wypić kawę, pogmerać w torcie/serniku/makowcu i załadować siatki resztkami i mogę już zaganiać dzieciaki do samochodu. Dla nich zawsze za wcześnie.

      Ona jest teraz babcią. Jest nią dzięki mnie. Może przeżywać swoją drugą szansę na miłość i drenuje ją ile może. Jest babcią idealną - zawsze radosna, podekscytowana, pełna pomysłów i energii.

      Nie mam już do niej osobistych żalów - była jaka była. Nie była szczęśliwa. Tak wybierała, tak sobie ułożyła. Z perspektywy żony ja to świetnie rozumiem i potrafiłabym ją uniewinnić. Ojciec nie był wzorem męża. Raczej antywzorem. Sam zagubiony, próbował ją pociągnąć za sobą. Ale ona się nie dawała. Ta ich walka trafiała w nas rykoszetem - nic osobistego. Nie była najgorsza. Często się starała. Dalej to robi. Tylko dalej nie słucha. Robi to, co uważa za słuszne i kropka. Zero dyskusji, dialogu, same dogmaty, ostateczne wnioski, święte racje i inne wynalazki spod ambony. Prawo do własnego zdania ma tylko ona i oczywiście głosi je mimo próśb, by tego nie robiła. Najbardziej mnie lubi, gdy może poczuć ze mną więź na niwie kiepskiego zamążpójścia. O tak, wtedy to my się "świetnie" rozumiemy. Tylko szkopuł w tym, że ja nie wyszłam kiepsko za mąż. Przynajmniej nie w tej kategorii co ona. I zazwyczaj szybko pojawia się sporny temat.

      Nie zawsze staję do konfrontacji. To nie jest mój cel, że muszę ją zwyciężyć. Staram się schodzić z placu boju, ale ona za mną podąża. Szuka zaczepki tak długo, aż ją znajdzie. Dobrowolnie pracuje na odrzucenie, jak w tragicznym tańcu. No i w końcu ją to spotyka, przeważnie z mojej ręki. Reszta rodziny schodzi jej z drogi jak długo może, bo wiedzą tak jak i ja wiem, że to przypadek beznadziejny. Może mi dawać swoje nieocenione rady - puszczam je mimo uszu, może próbować mnie przekonywać, jaka to jestem nieszczęśliwa - w myślach życzę jej powodzenia. Nie może wtrącać się w to jak wychowujemy Starszego, biorąc go ciągle w obronę przed nami i wpychając go w poczucie skrzywdzenia przez własnych rodziców.

      I o to zawsze się bijemy, bo jestem tą złą matką, którą ona teraz naprawi, choć córki nie naprawiła.

      Mam dość, dość, dość.

      Chcę tylko żeby zostawiła mnie w spokoju. Nic jej nie powiem, o nic nie poproszę. Powiedziałam o tym Bo. Stamtąd już nie weźmiemy pieniędzy, kiedy znów dotknie nas kryzys.

      Nie wybiorę się na urodziny, nie poślę kartki na Dzień Matki.

      Może wezmę kredyt na terapię psychologiczną. Może to lepsza inwestycja niż planowanie Konia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 lipca 2016 11:26
  • wtorek, 12 kwietnia 2016
    • Plan pozytywnego życia

      Dlaczego nie robię kariery. Bo boję się wysiłku. Bo boję się porażki. Bo jestem w stu procentach pewna, że tego nie pogodzę - zaangażowania w pracę i zaangażowania w rodzinę. To mit, że wszystko można. Jestem pewna, że te tak zwane zrealizowane matki, po prostu wymusiły na swojej rodzinie szczątkową tylko obecność. Co może powiedzieć o swoim dziecku rodzic, który widzi je kilka minut dziennie. Jestem przy moich dzieciach codziennie, a i tak przez większość czasu nie jestem z nimi. To nie tylko wybór, ale proza życia. Coś trzeba zrobić, załatwić i wolny czas znika, zamienia się w wieczór.

      To nie do końca tak, że wystarczy się postarać. I nie całkiem tak, że każdy jest kowalem swojego losu. Jest duża różnica między tym, który, żeby zacząć musi ukraść swój pierwszy młotek, a tym, który odziedziczy dobrze wyposażoną kuźnię.

      Boję się, że wciąż, mimo heroicznego wysiłku, moje dzieci znów będą pokoleniem, które nie dostanie żadnej kuźni. I ten lęk mnie zżera, a potem wracam do domu i zdarzam się z moimi biernymi, zainteresowanymi tylko graniem na tablecie/komputerze/konsoli/telefonie dziećmi. Z dziećmi, które niszczą lub gubią zabawki za dwieście złotych i nie rozumieją o co chodzi tej wkurwionej matce. Przecież nic się nie stało. Mają jeszcze mnóstwo tego <dżanku> po szufladach i pudłach. Majątek moich dzieci jest więcej wart niż mój. Z "cennych" rzeczy mam tylko prehistoryczne auto, tysiącletni rower, pierścionek ze szmaragdem nadgryziony zębem codziennego eksponowania i obrączkę cienką i lekką. W lombardzie padną jak to zobaczą. Aaa, no tak, jeszcze telefon. A nawet SMARTFON. Wow. sznurówki się rozwiązują. No i tak doszliśmy do konsumpcyjnej ściany. Nasze możliwości są marne, więc poszło szybko. Tym wszystkim "biedakom" z kontami w rajach podatkowych dłużej to zajmuję - osiągnięcie tej nirwany, że nic co mogę mieć za forsę, nie może mnie już zaskoczyć/podkręcić/podniecić. Pula pragnień się załamała.

      Ostatni, mało dostatni materialnie rok spędziłam na racjonalizowaniu naszej niewesołej sytuacji majątkowej. Była to wędrówka pełna wzlotów i upadków ducha. A także użalania się nad sobą. Póki co, mój stan konta się nie zmienił i wciąż nie wiem z czego spłacę kartę kredytową w tym miesiącu. Ale wiem, że jest wielu uboższych ode mnie i wielu, u których to się już nie zmieni. Ja jeszcze mogę tak wiele. I wiem, że jest mnóstwo gorszych kłopotów niż brak pieniędzy na wygodne życie. No i w końcu co z tego, że miałabym środki na prestiżową szkołę dla moich dzieci - ta szkoła nie wzbudzi w nich zapału, którego w sobie nie mają. Może będzie jeszcze kiedyś tak, że sprzedam coś - np. mieszkanie, żeby któreś z nich mogło zrealizować swoją pasję. Przyjdzie mi to z łatwością. Bo jeśli będą mieć taki dobry powód, to będzie dla mnie ekstra prezent.

      A plan na pozytywne życie jest taki, że po prostu nie ma planu. Tylko życie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 kwietnia 2016 13:43
  • wtorek, 12 stycznia 2016
    • Paweł † 5.01.2016.

      Śmierć przychodzi nie proszona i nieoczekiwana. Łapie cię w samochodzie i wyrzuca z drogi na zakręcie, podczas gdy ktoś, kto cię kocha na to wszystko patrzy. Widzi, ale jeszcze długo nie wierzy.

      Śmierć jest jednym na rękę, ale zawsze jest wielu, którym coś odebrała. Coś tak ważnego, że kwestionują sens dalszego życia, bez tego, który odszedł. Brnąc wśród jego rzeczy i śladów, które zostawił, z oczami ślepymi od łez, poszukują wyjścia z ocalenia, ale tego nie ma.

      Paweł nie był w moim życiu długo, los dał nam zaledwie kilka spotkań, kilka rozmów, rwanych obecnością innych i pobieżnymi zajęciami, ale był ważny dla kogoś dla mnie ważnego i to pozostawia po nim pustkę szeroką i rozległą, ciemną i głęboką czeluść.

      W tym miejscu - zimnym i ciemnym, mokrym i grząskim jest teraz moja siostra i musi być w nim sama. My wszyscy jesteśmy tylko gapiami stojącymi za kordonem dla nieuprawnionych. Jesteśmy świadkami, nie uczestnikami. Dopóki nas to nie spotka, nie wiemy, co to znaczy stracić coś tak cennego, tak nieodwracalnie.

      Kiedy zadzwoniła by o tym powiedzieć, nie umiała tego zrobić. Mój umysł zamknął się na tę wiadomość i nie chciał jej pojąć. Odrzucił tę wieść z nadzieją, że zniknie. Ale ona nie zniknęła. Rozgościła się i rozpostarła swoje czarne skrzydła, a czas rozwinął jej konsekwencje.

      Jesteśmy już po pogrzebie i żyjemy dalej. Moja siostra też próbuje.

      W mojej rodzinie trudno być tak odsłoniętą. Mam tak wiele w pamięci wspomnień o braku współczucia, o umniejszaniu, o tym, że nie wolno być słabym, o tym jak z rzeczy dla kogoś cennej szydzi się i robi pośmiewisko. Nie chcę do tego wracać, nie chcę ku temu iść. Otaczam się ludźmi, którzy tak nie robią. Wiem, że jeśli ona będzie trzymać się z dala od naszej matki, też będzie nimi otoczona.

      Dzisiaj potrafię napisać tylko tyle. I pierwszy raz coś naprawdę ważnego. I mam nadzieję, że ostatni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 stycznia 2016 12:38
  • środa, 25 listopada 2015
    • Wschód

      Moja tęsknota za Lublinem rozlała się bardziej. Nie, nie byłam tam szczęśliwsza, ale i tak bardziej mi się podobało. Moja tęsknota za Lublinem wezbrała pod wpływem Stasiuka i jego podróży na "Wschód". Dopadłam ją w bibliotece. Tak sobie stała, niepozorna, szarawa, zdominowana przez inne nowości - jakieś Bondy, Grey'e, takie tam. Między nimi, demokratycznie, Stasiuk - prawdziwa literatura, prawdziwy egalitaryzm.

      No i ten wschód we mnie wzbudził te wszystkie moje nostalgie, tak dobrze odczytane i określone wyrazistym jego stylem.

      I jak to się stało, że będąc tam, prawie dekadę, nie ruszyłam się wiele poza to miasto. Nigdy nie widziałam Bugu, choć miałam "chłopaka" z Hrubieszowa. Taka już jestem - mało podróżnicza. Nie lubię nie spać w swoim łóżku, szukać niepewnej drogi, nie wiedzieć czego się spodziewać, błądzić po omacku. Lubię chodniki, wyraźne znaki, bulwary. przestrzeń zamkniętą w ramach miasta. Bezkres mnie przytłacza. Nigdy nie wyszłabym z tajgi - po prostu nie wierzyłabym, że to jest w ogóle możliwe.

      Lublin schodziłam wzdłuż i wszerz, ale poza nim niewielkie mam wyobrażenie o wschodzie. Gdzie tam Czyta, Nowosybirsk, miasta Kazachstanu, smażona baranina, herbata o smaku rosołu, miasta, które trwają krótką chwilę i bezkresny, tysiącletni step.

      Wyguglowałam Czytę i zdjęcia tej niebieskiej cerkwi, którą Stasiuk obejrzał i obwąchał. Jej majtkowo-niebieski blask świeci z daleka na tle miasta, jak kwiatek przy kożuchu, I nie, nie chcę jej widzieć na własne oczy, wąchać jej swoim nosem. Wystarczą mi opowieści i obrazki - pamiątki podróżników.

      Na studiach miałam koleżankę z Krasnojarska, ale nie miałam google maps, Do końca nie wiedziałam gdzie właściwie jeździ trzy dni pociągiem z Moskwy trasą transyberyjską. Teraz już wiem, ale nie pamiętam jej imienia, więc nie mogę jej odnaleźć na facebookach i twitterach, by zapytać co zrobiła w tym swoim trudnym kraju z dyplomem polskiej uczelni.

      W Lublinie była jedną z wielu takich zagranicznych - lwowianek, wilniaków, innych. Wyróżniali się strojem - jakby utkwili w pstrokaciźnie lat 80-tych, podczas gdy my, Polacy, zmagaliśmy się już z nudą minimalizmu kolejnej dekady. Ale uczyli się szybko, a ich stypendia były lepsze od naszych. Za minione krzywdy?

      Nie miałam o to wtedy żalu i tak uważałam się za uprzywilejowaną - byłam u siebie. Na dalszy wschód mnie nie ciągnęło, choć było coś magnetycznego w tym właśnie kierunku, choć interpretowałam to bardziej, jako czas utracony, przeszłość, minione wieki. Do głowy by mi nie przyszło szukać czegoś materialnego - wystarczająco wschodni i materialny był dla mnie zawsze Lublin. Więcej wschodu nie było mi trzeba.

      W Lublinie czas trochę się zapętla. Czas jest jakby gęstszy w niektórych miejscach - coś w nich zostało, ale minęło; czyjaś obecność, ślady zdarzeń - w murach i pozostawionych rzeczach. Jakaś nabożność, ciągłość czegoś w miejscach, które tak wiele przetrwały. Nie mogę się wyzwolić z tego miejsca, bo mnie opętało.

      I w tej książce to jest. Ubrane w słowa ładniej i dosadniej, z talentem. Jest podróż przez wschód, której nie dokończyłam, której nie doświadczę, której nie pragnę w tym bezkresnym wymiarze.

      Ale dobrze byłoby zobaczyć Bug i Niemen nie tylko w google maps.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      środa, 25 listopada 2015 12:16
  • wtorek, 24 listopada 2015
    • Malowanie, bieganie, manicure, prasowanie

      Wyjęłam farby. Nie mogę spać, bo w myślach ciągle maluję, ale w domu nie mam na to miejsca - zawsze każdy stół można lepiej zagospodarować. No i terpentyna śmierdzi.

      Poza tym, moje pożal-się-boże oleje to już smętne resztki. Mimo to je wyjęłam i po prostu zaczęłam. Dlatego nie mam czasu na pisanie.

      Mam sto pomysłów i cały miesiąc byłyby za krótki na wymalowanie tego wszystkiego. Inna rzecz, że ręka stała się taka jakby drewniana? Rozmaluję się, ale tylko pod warunkiem, że moje nocki z farbkami to nie kilkurazowy incydent. Ale przecież nie wiadomo.

      Do malowania potrzebuję ciszy. Albo muzyki fortepianowej. To dziwne, lecz na prawdę lepiej mi idzie, kiedy słyszę w tle to plumkanie, zupełnie jakby plamki barwne współdziałały z kroplami dźwięków i jedne z drugich czerpały.

      Wczoraj miałam plany na malowanie, ale niespodziewanie dla wszystkich, wcześniej wrócił Bo. Jemu też przeszkadza terpentyna. "I czy nie mogłabym malować kredkami?"

      No mogłabym przecież, mam ich w szufladzie pełne pudełka. Tylko, że nie lubię.

      Zobaczyłam za oknem śnieg i poszłam biegać. To był miły wieczór. Lubię sama wychodzić, chociaż wiem, że to dystansuje mnie od Bo.

      Wracam czerwona na twarzy i jeszcze bardziej milcząca. Wiem, że powinnam odprawić te wszystkie rytuały biegaczy - rozciąganie, wzmacnianie mięśni brzucha i pleców, ale oczywiście nie mam już sil, więc sprawę olewam. Odczuwam potrzebę ruchu, tak jak malowania czy jedzenia. Zmęczenie, które mnie od tego zazwyczaj powstrzymuje jest realne i fasadowe zarazem. Jak można się zmęczyć całym dniem krzątania (dom) lub przesiadywania w fotelu (praca), wiedzą tylko ci, których życie sprowadza się do tego. Ale przecież można więcej.

      Można. Dopóki działa wewnętrzny duracell. Bo i ja mamy znowu swoje prozaiczne smutki, które nadużywają energii duracella: za co kupić kolejny komplet zimowych opon, którą kartą obciążyć tankowanie, czy wystarczy na moje ubezpieczenie, skąd wytrzasnąć Elzę i Anną po taniości.

      Oczywiście Bo nie martwi się Elzą i Anną. Bo przeżyłby święta bez tych wszystkich pierdół - choinek, stosów niepotrzebnych, takich samych Barbie i lego, których kompletowanie zaczyna przypominać budowanie niechcianej kolekcji albo odpalanie haraczu sklepom zabawkowym. Istny podatek od dzieci. PIS powinien wprowadzić "ulgę zabawkową". No ale ja się tym martwię i muszę to potem wymalować albo wybiegać. Oczywiście Bo wolałby odreagować w łóżku. Niestety kochany. Nie ma takiej opcji. Stres zamyka mnie na łóżko. Nawet jeśli teraz śpię wygodnie.

      Znowu zachciewa mi się kosztownych zachcianek - chciałabym pójść na studia. Potrzebuję na to jakieś sześć tysięcy. Niby niewiele ,ale akurat jesteśmy w plecki i o te sześć. Za te sześć byłby nawet koń. Trudny i łatwy wybór - raczej nie koń.

      Co poradzić?

      Mogę to wyprzeć, zracjonalizować, przewartościować. Mogę zrobić te wszystkie zabiegi na mojej przemęczonej psychice i... dalej żyć.

      To, że mam pomalowane paznokcie i wyprasowane ciuchy nie znaczy wcale, że daję radę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 listopada 2015 12:23
  • środa, 04 listopada 2015
    • "Moje" cele

      Bo zapytał mnie wczoraj, co byśmy robili, gdybyśmy nie mieli dzieci. Spojrzałam na niego jak na wariata. No jak to? JA codziennie jeździłabym konno, malowałabym, miałabym lepszy samochód bo nie płaciłabym kredytu na mieszkanie i byłabym szczuplejsza.

      A dobrze ci tak - powiedział Bo i odwrócił się  na śródstopiu, bo po przykurczach w nodze nie dotyka piętą podłogi.

      To oczywiście tylko takie gadanie, bo gdyby nie dzieci, jakaś inna ja mogłaby dalej nie mieć odwagi na to by spróbować swoich sił w jeździectwie, ani tej tęsknoty za przekładaniem otoczenia na obraz. Lecz wysiłek, jaki wkładam w codzienność mnie przygnębia. Kolejny miesiąc zaczynam praktycznie z pustką w portfelu. Nigdy nie wiemy ile zarobi Bo, ponieważ w jego zakładzie pracy o nazwie "Miłosierdzie" nie ma żadnych ograniczeń w instrumentalnym traktowaniu pracownika. Kiedy jest im potrzebny, potrafią wpisać mu w grafiku pracę na 5.00 rano, nawet jeśli poprzednia "dniówka" zakończyła się o 22.00 i tak kilka dni z rzędu. Nikt nie respektuje jego prawa do siedmiogodzinnego dnia pracy. Chcesz pracować 7 godzin, to masz umowę na 3/4 etatu. Koniec kropka. Miłosierdzie w wydaniu kościelnym.

      Namawiam Bo do zmiany pracy. To dobry czas, bo ja mam teraz pracę niezłą, ale może tak się zdarzyć, że za jakiś czas przestanie taka być i wówczas ja także będę musiała poszukać czegoś innego. Rozsądnie będzie dla nas, spróbować zrobić tak, żeby te okresy się zazębiały, a nie nakładały.

      Z tą pustką w portfelu, o której nikomu nie mówię, bo się jej wstydzę, muszę iść do fryzjera. Po prostu już MUSZĘ, bo to co mam na głowie to masakra jakaś.

      Z tego zmęczenia nawet nie próbuję startować do żadnego biegania, maszerowania, czegokolwiek. Nawet ćwiczeń na kręgosłup mi się robić nie chce. Odkąd wrypaliśmy nasze małżeńskie łóżko do salonu i znów śpię jak człowiek, z moimi plecami nie jest tak źle. Zwłaszcza, że w sumie śpię krótko. Wieczorami zwykle coś tam jeszcze jest do zrobienia. A poranki wstają wcześnie.

      Jestem zmęczona. Czy to kiedyś minie?

      Tak się wysilam żeby temu wszystkiego sprostać - popłacić te czynsze, kredyty, lekcje aikido i dostęp do sieci, prądu, gazu i "ciepłej wody w kranie".

      Ciekawe czy spłacę kiedyś ten kredyt mieszkaniowy? A może będziemy jednymi w tych, którzy po prostu przestaną dawać radę i odpuszczą? Czy to takie ważne, żeby mieć SWOJE mieszkanie?

      Zagubiłam się i to narasta. Moje cele nie są moimi celami. To ciężar. Jak długo będę umiała go nieść?

      Zaczynam nie mieć siły na nic więcej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      środa, 04 listopada 2015 12:56
  • czwartek, 22 października 2015
    • Rano

      Ranki są ciche. To dobrze. Nie lubię wstawać. Zataczając się brnę do ubikacji i kuchni. Muszę dobrze lawirować. Zapchaliśmy salon naszym małżeńskim łóżkiem. Już nie dawaliśmy rady na wysiedzianej, rozklekotanej rogówce. Teraz mamy tu wszystko. Narożnik, duży okrągły stół, biurko z komputerem, komody i przepierzenie z sosnowych regałów u wezgłowia naszego łożyska, któremu brakuje tylko baldachimu. Mijam to wszystko i wypuszczam kota, który rozdrapuje drzwi łazienki jak tylko usłyszy alarm pobudki. Kot nie ma kłopotu z porannym wstawaniem. To głównie mój nie jedyny problem.

      Rano lubię być sama. "Mamusiu" to ostatni dźwięk, jaki chcę usłyszeć. Tymczasem Lili szybko orientuje się, że może już domagać się mojego towarzystwa. Lili nie ma problemów z wczesną pobudką, zwykle o 5.30 jest w pełni gotowa rozpocząć dzień. I nigdy się przed tym nie powstrzymuje. Uciekam przed nią do łazienki, zając się miską kota i jego kuwetą. Kot przybiega za mną zaraz pełen nadziei na smakołyk. "Mrrrauu" - przymila się kot.

      Zamykam drzwi, by dać Lili czytelny sygnał ograniczonej dostępności.

      "Mamusiu, mogę wejść" - Lili nie czyta prawidłowo moich czytelnych sygnałów.

      "MRRRAAUUU" - biadoli kot, pod drzwiami z drugiej strony. Już wie, że w misce wylądowało to co zwykle. Teraz szansa na smakołyk, choć wciąż mgliście, rysuje się podczas przygotowywania drugich śniadań. Kot jest więc gotowy zająć strategiczne miejsce na parapecie z widokiem na blat kuchenny, parking i las, tymczasem na drodze stoją mu ZAMKNIĘTE DRZWI - moja ostoja, mój ostatni bastion. Już wkrótce poddam się bez zbytniego oporu i wszyscy wylądujemy w kuchni. Radośnie ćwierkająca Lili, przepełniony nadzieją kot i ja - beznadziejna mamusia.

      Beznadziejna mamusia, człapiąc lunatycznie, nigdy nie potrafi zdecydować co też będzie rano piła, nigdy za pierwszym razem nie wyjmie z lodówki wszystkich potrzebnych składników, jeśli będzie można coś rozlać to na pewno rozleje, jeśli rozsypać - rozsypie. Beznadziejna mamusia nie docenia żwawości swojej radosnej córki i cierpliwości swojego wytrwałego kota. Chce tylko wrócić do swojego wygodnego łoża bez baldachimu i zostać w nim do południa. Pośpi sobie, poczyta, jakąś kawkę wypije. Zmyje z paznokci okropną różową odżywkę i pomaluje je na sensowny kolor - burgundowy albo kobaltowy. Potem chętnie pójdzie do fryzjera i może na małe, niezbyt ciężkie zakupki. Po drugim śniadaniu tudzież brancho-lunchu chętnie uda się na przejażdżkę konną.

      Idealnie, idyllicznie, nierealnie.

      Realne jest zmęczenie, znużenie, zniechęcenie, senność, brak wiary, w to że uda mi się ocalić osobowość i dotrwać do jakichś mniej mamusiowych czasów. A to i tak nie jest mój jedyny problem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 października 2015 14:07
  • czwartek, 17 września 2015
    • wpis bez tytułu

      Nie było mnie tu, bo było dobrze. Skończyło się. Czas pisać.

      Jeżdżę teraz do pracy nową drogą, bo wszędzie u nas remonty nawierzchni. To droga malownicza, wśród starych familoków postawionych bez pomysłu i planu. A może kiedyś pomysł był, tylko zostały z niego szczątki, bo reszta domów się zawaliła?

      Ta trasa ma swoje stałe punkty - dwie kobiety grubo po sześćdziesiątce i grubo za cienką czerwoną linią zwaną nadwagą maszerują z kijami do nordic walking. Szczupła brunetka przed pięćdziesiątką, z papierosem w ręku, maszeruje dziarsko zawsze po tej samej stronie chodnika. Mijam ją tuż przed zakładem mięsnym, który zatrudnia wiele takich kobiet. Mężczyzna w czerwonym T-shircie i roboczych spodniach stoi na progu swojego domu. Jest postawny, krótko ostrzyżony. Może być mechanikiem, monterem czegoś. Odpala papierosa i schodzi w dól po schodach. Nigdy nie widziałam, w którym idzie kierunku. Mijam go szybko i jadę swoją drogą. 

      Bez kombinezonu, miejsca, kijków i opasek na głowach nie poznam tych ludzi, jeśli spotkam ich gdzieś indziej. Rejestruję ich obecność, ich powtarzalną codzienność, taką jak i moja.

      Nie dotknęła nas jakaś szczególna tragedia. Po prostu czegoś jest za dużo, a czegoś za mało, jak to zwykle. Dużo lepiej radzę sobie z dziećmi, bo konsekwentne stosowanie taktyki kaprala trzyma w ryzach i dzieci i mnie.

      Okresy zmniejszania dystansu między Bo i mną przeplatają się z czasem, gdy dużo milczymy i każde tkwi zapatrzone w siebie w swoich urazach. Życie.

      Już można kupić kolejną książkę Majgull Axellson i zużyję na nią moją przyjaciółkę kartę kredytową, już mocno nadszarpniętą w tym trudnym finansowo miesiącu.

      A przed wakacjami prawie kupiłam konia. Gdyby nie te wakacje już by był mój. To było tak blisko. Jeszcze nie mogę uwierzyć.

      To co? Cieszyć się? Bo prawie wszystko jest możliwe?

       

       

       

       

      Ciągle jeszcze mam problemy z jazdą konną i nie jestem bynamniej jakimś wybornym jeźdźcem, ale jak ja galopuje w terenie. Sama nie mogę w to uwierzyć. Nawet zalicam nieduże skoki ciągle w siodle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 września 2015 12:57
  • piątek, 17 lipca 2015
    • Robota nie zając?

      Ostatnio śniło mi się bieganie. Nie biegam już. Dlaczego?

      Nie chciałam się obudzić, bo to było przyjemne, w tym śnie przypominało mi raczej takie senne latanie, bo nie miało w sobie tego realnego wysiłku, jaki w rzeczywistości towarzyszy tej aktywności.

      Wyekspediowałam dzieci na dwa dni do dziadków i zabrałam się za sprzątanie. Mam już umyte dwa okna i powieszone firanki. Wczoraj zabrałam się za otłuszczoną, zakurzoną kuchnię, którą myję raz na ruski rok, za każdym razem mając nadzieję, że w tym stanie to obrabiam ją po raz ostatni. Nie dobrnęłam nawet do połowy. Dziś muszę wrócić na to pole walki. W kolejce jeszcze ustawiam pokoje dzieci z ich szufladami wypełnionymi zabawkami do segregacji. Pokój Li pełen zakamarków i jej sekretów małego bałaganiarza i leniuszka. Kredka tu, kredka tam, wędrujące klocki, barbi-syrenki, których splątane włosy będę próbowała rozczesywać, by odzyskać ich dawny czar.

      No i nie zanosi się na ostatni raz. Ale są ważniejsze rzeczy niż nowa kuchnia. Jest ich tak wiele. Zdrowe zęby dzieci na przykład. Albo ich wakacje.

      Ale moje kłopoty to nic w porównaniu z tymi, jakie teraz musi pokonywać moja siostra. Zawsze była moją skarbonką - w kwestii zarobków radziła sobie lepiej. Niestety, jeden, drugi nieuczciwy kontrahent i pieniądze znikły. A rachunki czekają. To może zdarzyć się każdemu. Robisz coś dla kogoś i ten ktoś ci nie płaci, bo inny ktoś nie zapłacił jemu. Ty nie płacisz swoim ludziom. Łańcuch pokarmowy.

       Od rana czuję ból nóg i pleców, moim paznokciom przydałby się manicure - oczywiście nie przed tą kuchnią. Mam jeszcze zabawę z opiniami. Szykuje się pracowity weekend. Mam kwaśną minę, kiedy o tym myślę i ogromną ochotę na słodycze, których sobie odmawiam, przed południem skuteczniej niż popołudniu.

      Mam długą listę spraw i nazwisk, którym powinnam poświęcić swoją uwagę. Chyba muszę się tym zająć mimo oporu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Robota nie zając?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      piątek, 17 lipca 2015 08:56
  • piątek, 10 lipca 2015
    • Śliwowica i barszcz

      Rozlałam barszcz na cała kuchnię. Ma nawet ładny kolor w tych rozbryzgach. Ale nie na terakocie. I szafkach. I krzesłach. I podłodze. I kubłach na śmieci. I umytych naczyniach. Ścieranie WSZYSTKIEGO bez kurwowania jest szczególnie męczące.

      Znowu jestem złą matką. To wyczerpujące. To frustrujące. To wkurwiające do entej potęgi.

      Czy jeśli będę miała własnego konia to mi wszystko wynagrodzi i wyrówna? Nastrój na przykład.

      Powinnam pisać opinie, ale dolałam za dużo śliwowicy wuja do coli i teraz mieszają mi się literki.

      Schudłam cztery kilo, ale dzisiaj to chyba nadrobiłam. Mam to gdzieś. Dzisiaj. Jutro będę marudzić i się kajać. I planować kolejne restrykcje dietetyczne oraz plany treningowe.

      Meg Ryan zaakcentowała przemianę osobowości prostymi włosami i czerwonymi paznokciami - w filmie "Kobiety". Ale na szpilkach dalej chodzi jak w kaloszach Hunter.

      Jestem pijana, jestem zmęczona, od wczoraj mam L-4, ale zasuwam jak zwykle. Rano nie wstałam do Starszego i wymaszerował bez bluzy w taki chłodny dzień. Pilnował go Bo. Kurwa.

      Chciałabym mieć męża z głową w miejscu głowy, a nie dupy.

      Przepraszam, że przeklinam, ale mam wkurw na ludzi, którzy mają na wszystko wyjebane

      Na wszystko poza komputerem i tymi śmieciami w środku.

      Idę dolać sobie śliwowicy wuja do czegokolwiek.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lipca 2015 17:20
  • poniedziałek, 22 czerwca 2015
    • Nikt

      I jest. Znalazł się. Dziecko porzucone lata wcześniej w końcu trafiło w swoje miejsce. Jak dawno go zgubili? Ilu milczących świadków mijał codziennie, teraz już martwy chłopiec? Ile czasu zajmie rodzinie wysprzątanie po nim pamięci? Jak szybko rozgrzeszą się z zaniechania?

      Nie sprostano oczekiwaniom. On nie był takim dzieckiem jakim miał być. Oni nie byli takimi rodzicami. Za późno odkryli, że nie podoba im się taka rola. Okazało się, że dzieci wiecznie czegoś chcą i wiecznie coś im trzeba dawać. Czasem chcą czegoś, czego nie mamy, a czasem tego, czego nie umiemy mieć. Czasem. Często. Ciągle.

      Ci, którym coś złego przytrafiło się, kiedy już się z tym jako tako uporają, często mówią, że nie wiedzą, przed czym trudniejszym uratowało ich to minione złe zdarzenie. Może Michał umarł, ale dzięki temu nie wrósł na ... Kogo? Kolejnego ojca o pustym spojrzeniu, przykutym do gier w komputerze, smartfonie, tablecie. Kolejnego, który zrobił dziecko jak kupę i spuścił w pamięci. 

      No a nawet jakbym zauważyła, że mam takich sąsiadów - to co mogę zrobić, zadzwonić do MOPS-u? Biją? Nie. Głodzą? Nie. Awantury? Krzyki? Jest jakiś paragraf na brak uwagi? Na obojętność? Na niemą wrogość?

      Psycholodzy mają testy na określenie różnych pozycji, ról w rodzinie - zawsze w nich jest NIKT, taka postać której niby nie ma. To jest ktoś niewidzialny dla reszty, kogo potrzeby są zawsze na ostatnim miejscu, a często nie mówi się o nich wcale. Czasem to jest dziecko, czasem matka. Z NIKOGO nie wyrasta nic dobrego. Jest pustym naczyniem - nic mu nie dano. NIKT zbiera przypadkowe rzeczy - śmieci niepotrzebne innym, to jego skarby. NIKT nie odżywia się dobrze, nie dba o swoją kondycję. Używa życia i wszystkiego, co przynosi chociaż krótką ulgę od bycia nikim. NIKT często jest łobuzem, bo inni wiedzą, że można nie traktować go dobrze. NIKT umie obronić się albo tylko na chwilę albo na całą wieczność.

      Nikt umiera z pustą zapalniczką w dłoni, w krzakach, na obrzeżach osiedla. Papierki to jego nagrobne kwiatki, stłuczone butelki to kamyki szczęścia.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 czerwca 2015 13:56
  • poniedziałek, 15 czerwca 2015
    • Chłopiec z Będzina

      Chłopiec, który zaginął w Będzinie nie wygląda na swoje 12 lat. Na zdjęciu najwyżej na 10. Ma przydługie, sztywne włosy, jasne oczy. Zdjęcie nie ma koloru.

      Kto nie ma kolorowego zdjęcia swojego dziecka?

      Chłopiec ma na imię Michał. Czy mieć nadzieję, że jeszcze żyje? A może lepiej nie?

      Czy ktoś za słabo go pilnował? A może było właśnie odwrotnie i ten jeden raz, gdy spuszczono go z oka, skończył się tak tragicznie? Z drugiej strony - 12-latek może już mieć "swoje ścieżki", o których dorośli nic nie wiedzą. Zwłaszcza jeśli są dorosłymi, których lepiej unikać.

      Czy Michał się odnajdzie? Czy się o tym dowiemy? Kto po nim płacze? Czy modli się o drugą szansę?

      U Joanny Bator w "Ciemno, prawie noc" gubią się dzieci niekochane. Takie, o które mało kto dba i niewiele ten, kto powinien najbardziej. W tych dzieciach jest coś takiego, co opowiada złym dorosłym o ich losie i do nich przyciąga. A potem rzeczy dzieją się same. Czy to na pewno takie proste?

      Dziś rano Starszy wylał mleko na stół, podłogę, zabawki, gazety. Nie było mnie przy tym, a on nic nie powiedział. Nie chciał się przyznać.

      Synku, krzyczę na Ciebie, bo moja mama też na mnie krzyczała i mnie biła. Nie umiem wyciąć tej potrzeby, żeby Tobie oddać. Nie robię Ci wielu rzeczy, które robiono mnie. Czy to mnie usprawiedliwia? Czy to wystarczy żebyś nie zniknął?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 czerwca 2015 10:17
  • piątek, 12 czerwca 2015
    • "Rodzina"

      Podobno Monika Jaruzelska jest pesymistką i boi się być matką. Zwłaszcza starą matką - w mediach określaną jako dojrzałą. Kolejna osoba tzw. znana, która przyznaje się do bycia jednak "tylko" człowiekiem i przeżywająca te same rozterki co miliony innych, bez tego szczególnego rodowodu. Z jej książki "Rodzina" (którą nieopatrznie zostawiłam u mechanika podczas zmiany opon) wynika, że Jaruzelscy, z samym generałem na czele to ród mocno neurotyczny - dyscyplina i wojsko pełniło w nim rolę stabilizatora, podpory, protezy. Sztywne reguły nie pozwalały im rozpaść się ostatecznie. Mundur spajał i scalał. Rola konkretna i określona definiowała kategorycznie - jego, ją, ich wspólnie opuszczone dziecko.

      Podobno lubili i dalej lubią spędzać wakacje na mazurach. Jeżdżą tam od lat, zawsze w to samo miejsce, w otoczenie tych samych - sobie podobnych, ludzi. Przeważnie wykształconych, ustosunkowanych, prominentnych, nie zawsze mocno zamożnych, ale majętnych na tyle, na ile konieczne jest, by było ich stać na takie wakacyjne chałupki.

      Była samotną dziewczyną i raczej dziwaczką. Nie tak piękną jak matka, nie tak zdeterminowaną jak ojciec. Nie tak bezkrytycznie i niewrażliwie rozpuszczoną jak inne resortowe dzieci (mam na myśli te prawdziwe - nie te wymyślone przez populistów PIS-u). Co też z niej wyrosło?

      Matka z wątpliwościami, matka mobilizująca się, żeby dla tego najważniejszego dla siebie człowieka być tą podporą, której sama nie miała. Kobieta, która uczy się macierzyństwa z wyobraźni, bo do wzorców rodzinnych nie ma po co wracać. Kolejna, która chce być matką inną niż jej własna. Bo nawet jeśli akceptuje, "że tak się wtedy wychowywało" i wybaczyła już błędy i wypaczenia swojej matce, to nie chce przekazywać dalej tego samego.

      Chwilowo porzuciłam jednak tę lekturę - widać, że od pewnego momentu jest pisana z wysiłkiem i presją na termin. Ten czas to okres kiedy generał umierał. On odchodził, ale narracja o nim trwała, uświęcona obowiązkiem dotrzymania słowa, wywiązania się ze zobowiązań.

      Czego można z pewnością zazdrościć Monice, to tego zakotwiczenia w pewnym środowisku. To otoczenie - kontakty, znajomości, to jej posag, jej bogactwo. Wiadomo, że kredytu we franku nikt za nią nie spłaci, ale może sprzedać komuś kilka anegdot z dzieciństwa i młodości, i jakoś to będzie. Będzie wiedziała, gdzie z tym pójść, bo przecież nie wszystko da się wystawić na allegro. I zawsze jest jakiś znajomy profesor od czegoś, jakiś emerytowany ordynator, dyrektor, który jeszcze też ma do kogo zadzwonić i pomóc. Jak miło.

      Korzystamy z tego wszyscy. Ja też dzwonię do moich koleżanek z urzędów, żeby dowiedzieć się jak przebrnąć przez jakieś proceduralne schodki. Albo do koleżanek i kolegów lekarek, które co prawda ordynatorami nie są, ale coś tam wiedzą, więc pokierują, doradzą, przestrzegą. To szalenie korzystne - mieć znajomości.

      Pomyślałam, że takie osobiste historie zawsze dobrze się sprzedają - to wpuszczenie do domu albo chociaż do przedsionka, stało się takie normalne w naszej kulturze. Historie prawdziwych mają ten swój egzystencjalny ciężar - wagę tego, że działy się naprawdę. Ta wysoka kobieta z długimi włosami w kolorze miodu, była kiedyś pająkowatą dziewczynką z odrapanymi kolanami jak ja, tak samo bolał ją upadek w roweru - mocno, prawdziwie, tak samo boli ją śmierć ojca, którego już nie zobaczy, bo śmierci nikt nie zwycięży - nawet generał. Czy teraz, po jego śmierci będzie już mogła pisać o sobie? Czy to co widziała, uda się jej przetworzyć na podszytą realiami fikcję? Czy ma takie potrzeby, ambicje, czy to tylko splot rodowodowych okoliczności pchnął ją do zmagań ze słowem, pamięcią i klawiaturą? Na ile On, ojciec już odeszły, ale jeszcze obecny - zapisany nie tylko w swojej historii, kieruje jej życiem, przestrzenią?

      Rodzice nie opuszczają nas nawet gdy umierają i już ich nie ma z nami. Ich dziedzictwo jest tym, co uskrzydla, lub odwrotnie - odbiera życie. Co zostanie mi po moim ojcu? Klucz do samochodu, książki o drugiej wojnie na morzu i o papieżu? Czy nie za wcześnie się martwię? Czy dzielę skórę na żyjącym niedźwiedziu? A jego obecność duchowa? Ten psychologiczny przekaz tego kim był, jak wiele mógł i jak niewiele w tego zostało?

      Czy to będzie też prawda o mnie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      piątek, 12 czerwca 2015 14:23
  • poniedziałek, 08 czerwca 2015
    • Babcia w depresji

      Moja matka zaczęła mówić o umieraniu. Jej się nie chce już żyć, po co ma żyć, dla kogo?

      Powinniśmy chórem rzucić się do zaprzeczania i namawiania jej żeby jednak żyła. My milczymy.

      Co mam powiedzieć - nie cierpię cierpiętniczych, manipulacyjnych jęków. Buduję swoje życie na prawdzie. Wiele mnie to kosztuje, nie zawsze jest wygodne. Nie zamierzam tego zmieniać.

      Matce gorzej odkąd została odcięta od wnuków. Ale przecież nie będę ratować jej samopoczucia kosztem moich dzieci.

      Kiedy tłumaczę, że teraz, puki mamy czas, to będziemy się nimi zajmować - nigdy nie wiadomo jak długo nam się uda balansować między kredytami i utrzymywać płynność finansową. Zawsze może się zdarzyć, że potrzebna będzie ich obecność, zwłaszcza teraz gdy Bo ma zmiany.

      Ale przecież oni zawsze mogą... - zawodzi znowu mama, a tato profilaktycznie się nie odzywa, bo w sumie jemu tak nie zależy. Pewnie woli jednak święty spokój i wolne popołudnia.

      Wtedy ja: Ależ, oczywiście, wiemy o tym i jak tylko będzie to potrzebne, to się zgłosimy pod wskazany adres.

      Niestety, to nie wystarczyło by usatysfakcjonować mamę - ona przecież WIE, że ja nie chcę żeby zajmowała się moimi dziećmi, bo robi to źle. (Moim zdaniem).

      Fakt, moim zdaniem robi to fatalnie i z ulgą dobrnęłam do okresu, kiedy moja "władza rodzicielska" zaistniała nieco bardziej faktycznie.

      Rozsądny człowiek, który chce się dogadać, spróbuje się dowiedzieć, co robić inaczej, żeby osiągnąć porozumienie. Moja mama zazwyczaj nie chce porozumienia - chce zwyciężać i stawiać na swoim, Kiedy proszę, żeby czegoś nie robiła, ona zaczyna ze mną dyskutować i przekonywać mnie, że jestem za surowa/zbyt drobiazgowa/zbyt przewrażliwiona/ogólnie jakaś i że mam dać sobie spokój bo "dziadkowie są od rozpieszczania". Mogę się z tym zgodzić, pod warunkiem, że będą dawkowani w bardzo rozsądnej ilości. I tak też dzieje się teraz.

      Trudno mamo, będziesz musiała wymyślić jakieś rozwiązanie swojego problemu, choć podejrzewam, że nie będzie ono się zaliczać do tych dojrzałych. Przewiduję raczej ucieczkę w chorobę, lub jędzowate zgoszknienie. Wybór należy do Ciebie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 czerwca 2015 13:03
  • środa, 03 czerwca 2015
    • Tęsknoty

      Podobno tym, co żyją wolno i swobodnie, coraz bardziej ciąży ta swoboda i wolność. Ci, których nie pociągała wizja kredytu mieszkaniowego na 30 lat i jednej partnerki na co najmniej tyle, teraz budzą się z ręką w nocniku i myślą, co dalej? Czego ja jeszcze mogę chcieć? A może ja też bym spróbował kredytu i rodziny? Może nie jest dla mnie za późno?

      Podobno. Ja spróbowałam. Lekko nie jest - i z partnerem i z kredytem, ale alternatywna zawodowa freelancerka plus faceci na krótki dystans to jednak nie dla mnie. Miło byłoby natomiast mieć swój pokój i więcej czasu dla siebie.

      Czasem ja też tęsknię za stanem posiadania skondensowanym do roweru i laptopa, ale w rodzinie to tak nie działa. Rzeczy przydatnych i tzw. przydatnych szybko pojawia się sporo. Wszystkie potrzebne? Mam ambiwalencję.

      Od czasu do czasu ambiwalencję zastępują ataki minimalizmu - sprzątam i wyrzucam. A raczej oddaję. Szukam swoim przedmiotom nowego domu i właściciela. Chciałabym, żeby komuś służyły, a nie tylko zawadzały, jak mnie. Zwykle dlatego, że kosztowały swoje - były cenne, mimo że teraz ich wartość dla mnie zdewaluowała się.

      Czasem, kiedy patrzę na siebie z dystansu, to mnie w sumie bardzo dziwi ta moja rodzina (dzieci zwłaszcza) i ten styl życia, który ukształtował się nie wiadomo kiedy. Zawsze myślałam, że to ja będę "starą panną" a nie Siostra. A teraz jestem typowa. Szok. Nigdy nie byłam typowa. Choć nie koniecznie w dobrym sensie. Czasem byłam dziwaczna. Dużo pracy włożyłam w to, żeby dziwactwo przekształcić w umiarkowaną oryginalność. A teraz jestem typowa. Większość newsweekowych doniesień o moim pokoleniu mogę odnieść do siebie.

      W swoim macierzyństwie chyba wypłynęłam na jakieś spokojniejsze wody. Coś tam trybi jak trzeba, nie muszę się już tak spinać. Eliminacja babci zrobiła swoje.

      Nie polubiłam jakoś bardziej tego bycia mamą, ale jestem w stanie to znieść bez załamania nerwowego. Chyba. Na razie na to wygląda. Chyba jesteśmy w stanie cieszyć się swoim towarzystwem bez większego wysiłku. Dostosowujemy się do swoich potrzeb i dotyczy to wszystkich.

      Co chciałabym jeszcze zmienić, to chyba tylko to, żeby więcej rzeczy robić ze Starszym, a mniej wokół niego. Często czuję, że przestrzeń miedzy nami jest zbyt wielka. Boję się go stracić z oczu - z jednej strony nie chcę zrobić z niego maminsynka, z drugiej wiem, że muszę być z nim w kontakcie, bo jak teraz go stracę, to będzie źle za parę lat, w czołówce osób znaczących nie wystarczy miejsca "starych". Czy to wiele? Czy znowu szukam dziury w całym? Z klasyki neurotyka: martwię się na zapas?

      Nie wiem. To tylko taki cień - towarzyszy mi teraz, kiedy miewam czas, by o tym pomyśleć. Może nie skończy się na myśleniu, może wpadnę na jakiś ciekawy trop. Może go poszukam z większym zaangażowaniem, żeby nie tęsknić za synem, gdy będzie za późno.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      środa, 03 czerwca 2015 10:45
  • wtorek, 19 maja 2015
    • Takie

      Idzie się ścieżką wśród starych ogródków. Długo to nie trwa. Ścieżka jest zarośnięta podbiałem, łopianem, i tym co czepia się wszystkiego, nawet tej odrobiny ziemi czarnej i mokrej, tłustej i zbitej. W ogródkach mało co się teraz sadzi - może tylko krzewy bzu, dla zapachu i kwiatów, albo piwonie - dla tego samego. Ale kiedyś taki ogródek to było źródło spożywczego bogactwa, nie tylko roślinnego. Nie zostało nic po tym - tylko wspomnienia. 

      I potem jest płot - już od szpitala. Postawił go jeszcze książę - szpital i płot, i wszystko tutaj, oczywiście nie własnymi rękami, a potem przejęli Niemcy, potem znowu my. Babka cioteczna Pela pracowała tam jako instrumentariuszka - ślązaczka świetnie mówiąca po niemiecku, z hitlerowskimi lekarzami ratowała Polaków i Niemców. Dziadek Wilhelm chorował tam na płuca, a wuj Paweł leczył swoje pierwsze ratownicze dolegliwości. Takie mają zdjęcia zza płotu, w pasiastych piżamach, kilka metrów od domu. Na tle cienia i zieleni - buków i kasztanowców.

      Babcia Fela nie lubiła za bardzo pracy w ziemi. Od śmierci dziadka ogródek powoli popadał w zapomnienie. Drewniana ławeczka pod śliwą butwiała i obrastała w mech. Siadałyśmy tam z babcią czasem.

      Czy za nim tęskniła? Jak jej tam towarzyszyłam cztero- pięcioletnia, była wdową dopiero od kilku lat. Jeszcze można się było natknąć na rzeczy dziadka. Jego pędzel do golenia - z pewnością nie celowo pozostawiony, jakieś szczątkowe narzędzia.

      Siadałyśmy na tej ławce, ja chodziłam wśród zarośniętych mini alejek, niegdyś wypieszczonego ogródka, pielęgnowanego rękami wiecznie aktywnego dziadka. Te ślady, które wtedy zostawił były takie obecne. Dopiero teraz je z nim wiążę. To co zrywałam nieświadoma, zasadził jeszcze on.

      Pomagało jej to zapomnieć, czy przeciwnie, rozpalało tęsknotę?

      Piwonie - wytrawnie karminowe, kwitły w sam raz przed Bożym Ciałem. I łubin - aksamitny w dotyku, Łagodny w barwie. W cieple, wilgoci i bujności czerwca.

      Fela nie opowiadała mi o świecie. Istniała jakby obok. Czasem napominała, raczej mało gwałtownie - nie byłam dzieckiem, przy którym dorośli musieli uderzać w wysokie tony, choć i tak często to robili, lecz raczej z wyboru niż realnej potrzeby.

      Fela nie była zbyt ciekawa świata, ale czytywała "Kontynenty", a jedyna książka, jaką w jej rękach widziałam to "Słotne dni na Flores". Nie miała przemyśleń o tych lekturach, czy tylko nie umiała się nimi dzielić?

      Nie musiała mnie zabawiać. Czy czułam z nią więź? Lubiłam być z nią stokroć bardziej niż z matką. To się tak ciągnęło. Od nie pamiętam kiedy. Nie pamiętam też, żeby podniosła na mnie rękę, nie miała też tej potrzeby lekceważącego i szyderczego prostowania moich dziwactw. W tej materii moja matka z pewnością odziedziczyła usposobienie bliźniacze do Peli. Obie potrafią być urocze, kiedy chcą. I wredne, gdy stracą nad sobą kontrolę. Z tym że Peli już nie ma i nikt po niej nie płacze.

      Czułam potrzebę obrony babki przed złośliwościami Peli i wiele złości do niej, dziwiłam się obojętności, z jaką babka przyjmuje kolejne przytyki młodszej przecież siostry, wcale nie tak mądrej, jak się jej zdawało.

      Pela swoje złośliwości zaczynała już od progu ciemnego przedpokoju (antryja) babki. Herbata była za mocna, a ciasto za suche. Tylko Pela mogła być we wszystkim ekspertką. A teraz moja matka. A po niej ja?

      Po kim to mamy? Tę kąśliwą przenikliwość, to złośliwe krytykanctwo. Jesteśmy bystre, ale używamy tego złym celu. Czasem? Często?

      Jestem gwałtowna i chcę wychować raz a dobrze. I mieć spokój. A tymczasem to nie szalona ulewa, lecz łagodne nawadnianie sprawiają, że kwitnie piękny ogród.

      Lista codziennych powinności stale wydłuża się o nowe: poćwiczyć kręgosłup. Poczytać dzieciom uproszczoną wersję Roszpunki z pięknymi obrazkami prosto od Disneya.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Takie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 maja 2015 11:34
  • czwartek, 07 maja 2015
    • Non omnis moriar

      Pogrzeb Władysława Bartoszewskiego. Jedyny bezdyskusyjny autorytet, który przetrwał moje dorastanie i rozstanie się z pewnym myśleniem - tym konserwatywnym, odziedziczonym po domu.

      Kiedyś już o tym myślałam: jest bohaterem - pojadę na pogrzeb?

      W pewnych okolicznościach. Tylko że manifestowanie zmarłym ich znaczenia, gdzieś głęboko w mojej głowie po prostu mija się z celem. Przecież pogrzeby to uroczystość dla żywych. Czy ja mam tam kogoś, kogo chce wesprzeć w żalu.

      Odpowiedź oczywista.

      Ostatnio była u nas taka dyskusja w pracy o szczątkach, pochówku, kosztach i pomnikach. I tej drodze złożonej z przystanków do odpalania kolejnego myta. Podobno za to, że chcesz postawić pomnik płacisz w parafii coś tam. Szokujące, ale prawdziwe. Już wcześniej była opłata za pogrzeb, ale w nią nie wliczono opłaty na ten następny, jakże oczywisty krok. Dwudziesty pierwszy wiek - dzień dobry.

      Wszystko co powinniśmy dać zmarłym, jesteśmy im winni za życia. Nie ma takiej rzeczy, której zmarły potrzebuje od żywego. To różni nas cywilizacyjnie od starożytnych, że już wiemy coś niecoś o bóstwach i ich potrzebach materialnych ofiar. Trochę spraw udało się nam na przestrzeni zweryfikować - dlaczego nie tej?

      Czy moja matka dostanie ode mnie pomnik? Bardzo wątpię - pewnie będę bez forsy. Tak, to wymijające wytłumaczenie.

      W serialu "Chirurdzy" - jedynym, jaki dość zdyscyplinowanie oglądamy z Bo, wstrząsająca śmierć głównego bohatera - to tylko fikcja, ale tak właśnie jest: jakieś niczym racjonalnym niepoparte przeczucia, że stanie się coś złego i sen o szczęściu się skończy. Nawet w serialach to pokazują - że nie można mieć wszystkiego: talentu, kariery, rodziny, miłości, pieniędzy. prędzej czy później coś z tego zniknie.

      Może dobrze, że nie mamy z Bo pieniędzy i kariery. Może miłość i rodzina nam nie zostanie zabrana.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 maja 2015 09:05
  • czwartek, 30 kwietnia 2015
    • (...)

      Kupujemy nowy stary samochód dla Bo. Co to za męczarnia. Oglądanie tych wszystkich superpojazdów, zwłaszcza tych niedomytych, jako i czasem ich właściciele - prawdziwa gradka.pl.

      Na razie idzie nam kiepsko. Nasi mechanicy, którym podsuwamy co poniektóre egzemplarze jak na razie kiwają tylko głowami i marszczą czoła. Znaczy, że nie brać. No to nie bierzemy.

      Szukanie igły w stogu, albo nie przymierzając męża.

      Tymczasem Bo znowu jest bohaterem. Dziś wyszło na to, że uchował przede mną w "nienaruszalnej" kopertce prawie 2000tyś. Zmotywował mnie tym samym do niekupowania nic na wyprzedaży w zalando, gdzie nieustająco coś mi się podoba i wiecznie jest przeogromny wybór artykułów z dużą domieszką lycry - zawsze pasujących. No ale dobrze. Postaram się powstrzymać. Może dzięki temu coś?

      Wakacje? Nowe łóżko? Meble do kuchni?

      Nawet książek kupować nie będę, choć to najtrudniej mi wychodzi. Poczytam sobie klasyków - od tych uginają się półki w bibliotekach, a dziwaka Twardocha kupiła już siostra. A w ogóle to nie będę czytać, tylko poorbituję sobie na orbitreku wieczorem, a potem będę uprawiać seks z moim mężem, prawdziwym bohaterem. Świetny plan.

      A teraz sprawdzę jak dojechać do nowej stajni, do której się wybieram. Na wszelki wypadek, gdyby pan Skręć-w-prawo-dalej-prosto zagubił się na peryferiach Zabrza i okolic.

      Dziś słyszałam sarkastyczną prognozę na długi weekend - że niby 30 stopni ciepła będzie. Dziesięć w piątek, dziesięć w sobotę i dziesięć w niedzielę. Hahaha.

      I dobrze, że nie jadę do Lublina. (znowu!) Co to za przyjemność szczękać zębami w kawiarnianych ogródkach. Poczekam na prawdziwą wiosnę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 kwietnia 2015 14:17
  • piątek, 10 kwietnia 2015
    • Wystarczająco dobrze

      Miasta wstają wcześnie. Sznurki samochodów na autostradach jak paciorki różańca. Suną płynnie, nieustająco, wytrwale. Kolejne świecące, kolorowe, kropki, odpływają w odnogi zjazdów. Ktoś dotarł do celu. Ktoś dalej dąży. Trudno się zatrzymać. To nie wszędzie dozwolone, nie zawsze możliwe, nie często bezpieczne. Życie.

      Chodzi o to, żeby móc powiedzieć żyję wystarczająco dobrze. Cokolwiek to znaczy dla kogokolwiek.

      Czy ja tak żyję?

      Pory roku wymuszają konieczne zmiany - nadszedł sezon remontów, zatłoczonych placów zabaw i rowerzystów na drogach. Oczywiście grillowania w pastelowych szortach - moda majętnych przedmieść, kultywowana przez mniej zamożnych w miejskich parkach. Mężczyźni, kobiety, dzieci, uzbrojeni w akcesoria z Lidla, przyodziani wg oferty z najnowszego neewslettera. Czy to ujma, że wyglądamy tak prawie jednakowo? Może to jednak osiągnięcie, że mimo tej unifikacji potrafimy zachować indywidualność poprzez odmienną aranżację tych samych, promocyjnych elementów.

      Mnie, której nigdy nic roślinnego nie wyrosło, marzy się zielony balkon. Mogłabym go pewnie mieć - kolejne kilkaset złotych umieszczone w kaprysie. Chyba jednak nic z tego nie będzie. Jeszcze nie w tym roku. Zbyt wiele wszystkich innych konieczności.

      Ale mimo tego czuję się uwolniona. Już tak dawno nie wracałam do domu o pierwszej. Nie starczało mi czasu na ławkę i park, a jutro, pierwszy raz od dwóch lat jestem umówiona ze znajomą w parku. Przywitam wiosnę jak należy - spacerem, lodami i pogawędką.

      Czyż może być coś lepszego? Dla mnie to prawdziwie atrakcyjna oferta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      piątek, 10 kwietnia 2015 11:24
  • wtorek, 07 kwietnia 2015
    • Wiosna?

      Znów przyszła wiosna. Mam policzony PIT, który chcę złożyć elektronicznie, choć nie wiem, czy to dobry pomysł, mam plany na Lublin - może z którymś potomkiem, może sama.

      Odpowiadały mi święta z kiepską pogodą - mogłam po prostu posiedzieć w domu, bez presji organizowania atrakcyjnych rolkowo-rowerowych wypadów w plener. 

      Było po prostu spokojniej.

      W ogóle spokojnie jest ostatnio w naszym domu. Może to zasługa magnezu w mojej diecie? Może osobnych pokojów, które powiększyły przestrzeń dzieci, a jak wiadomo, o przestrzeń wiele konfliktów się toczy w skali mikro i makro. Może czasu, którego mam po prostu więcej na tzw. wszystko?

      Jakoś tak tworzy się nam świąteczna tradycja, nasza własna, niezależna od tego co wiąże się z religią. Nie malujemy jajek do jedzenia, tylko takie ozdobne. Robimy to po prostu przed zbliżającymi się świętami. Taki mamy jajeczny warsztat. W tym roku było zdobienie cekinami. Całkiem fajny efekt. Zamiast uroczystego wielkanocnego śniadania, mamy trzy śniadania świąteczne, od pierwszego wspólnego wolnego dnia. Dłużej czujemy te krótkie święta i mniej smakołyków wyjadamy na raz - bo wiadomo, będzie jeszcze szansa. Zając-bałaganiarz rozrzuca u nas słodycze w zakamarkach całego domu i dzieciaki jeszcze długo po świętach znajdują je w różnych nieoczekiwanych miejscach. Ale "duże" prezenty też przynosi. I Starszy już chyba nie wierzy w Zająca. Albo dokładniej nie do końca wie, czy jeszcze chce w niego wierzyć. 

      Kupiłam za mało czekolady i kabanosów. Tej pierwszej brakło dorosłym, bo dzieci skrzętnie ukryły swoją zdobycz, tych drugich nie mogli najeść się najmłodsi, więc srkomne dwie paczuszki szybko zniknęły, pozostawiając po sobie niedosyt i rozczarowanie. Ale da się to jeszcze nadrobić i tak też się stanie.

      A choć trochę zapomnieliśmy o dyngusie (co za beznadziejny termin na lanie się wodą) - dziś od rana kubeł zimnej wody. Bo pomylił dni w grafiku i jakąś godzinę po tym jak miał rozpocząć swój dyżur zorientował się, że idzie jednak dziś do pracy. No i ambaras, bo dziadkowie nie odbierali, a ja bez wolnego, jak to po podpisaniu umowy. Ale jakoś wybrnęliśmy i w końcu udało się też dodzwonić do dziadków, którzy zaraz zgodzili się uratować Starszego z nudy świetlicowej pustki.

      Więc wszystko dobrze? Aż boję się tak napisać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      domdusz
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 kwietnia 2015 14:11